Wywiad

To list miłosny do mojej matki. Samuel Kishi Leopo o filmie „Wilki”

Meksykański film „Wilki” w reżyserii Samuela Kishiego Leopa miał swój moment chwały na tegorocznym Berlinale (2020), gdzie zdobył nie tylko Grand Prix jury międzynarodowego w sekcji Generation Kplus, ale także Nagrodę Pokojową. Odwołując się do uzasadnienia werdyktu jury: „Ten czule, delikatnie poprowadzony film jednoznacznie opowiada się po stronie człowieczeństwa. Tu dzieci przejmują głos, zwracając się do dzieci, a dorosłym pozostaje jedynie słuchać. Poetycki, odważny i wojowniczy film pokazuje, co oznacza budowanie nowego życia w innym kraju”.

 „Jesteście silnymi wilkami. Wilki nie płaczą. Wilki gryzą, wyją i chronią własny dom”. Te słowa Lucia w kółko powtarza synom – 8-letniemu Maxowi i 5-letniemu Leo – zanim każdego dnia będzie musiała zamknąć ich w obskurnym mieszkaniu, by wyjść i zarobić na chleb pracą w przemysłowej pralni. Z Meksyku do Stanów wyjechała dzięki wizie turystycznej, udając, że zabiera dzieci na wycieczkę do Disneylandu. Tak zresztą powiedziała chłopcom – obiecała, że pojadą do najsłynniejszego parku rozrywki, ale najpierw muszą nauczyć się alfabetu, opanować liczenie do 20 i przerobić dwie pierwsze lekcje z podręcznika angielskiej gramatyki. Widz śledzi historię z perspektywy braci spędzających dni w oczekiwaniu na powrót mamy. Do dyspozycji mają ledwie kilka zabawek, świecowe kredki i zasady, jak mają się zachowywać, puszczane ze starego kaseciaka. Gdy w końcu udaje im się wykonać zadanie i spełnić warunki mamy, a wycieczka do Disneylandu nie dochodzi do skutku, Max łamie umowę i zbiera się na odwagę, by opuścić mieszkanie…

Samuel Kishi Leopo: Ten film od początku miał być listem miłosnym do mojej matki, która w 1989 roku wyemigrowała ze mną i moim młodszym bratem z Guadalajary do Santa Ana w Kalifornii – nie znając języka, bez pracy ani dachu nad głową. Miałem wtedy 5 lat, mój brat Kenji – 3. Byliśmy więc młodsi niż bohaterowie filmu. Moja mama rozwiodła się z naszym ojcem. Uciekła z Meksyku, wynajęła małe mieszkanie w obskurnej dzielnicy emigrantów wszelkiego pochodzenia i pracowała do upadłego. Nigdy nie dostała szansy, by poprawić swój byt. Jako imigrantka – tak jak imigranci do tej pory – była w tym kraju jak duch. Nie istniała dla systemu. Z wiekiem zdałem sobie sprawę, co dla nas zaryzykowała, jak była odważna i mądra. Zadedykowałem ten film właśnie jej – Marceli Leopo Flores. Mój brat, który komponuje muzykę do moich filmów, ja i wspaniała aktorka Martha Reyes Arias – wszyscy zostaliśmy wybrani do tegorocznego Berlinale Talents, to niesamowity zaszczyt!

Dlaczego nie kręciłeś w Santa Ana?

Ponieważ to miejsce bardzo się zmieniło – to teraz modna, droga lokalizacja. Ale w „strefie wojennej” w Albuquerque odnalazłem tę samą atmosferę – gangsterka, bieda, narkomania, samotność. Obraz i klimat mojego dzieciństwa. A jednocześnie istnieje tam niesamowita solidarność między tymi, którzy na świecie są słabi. Ci ludzie potrafią się ze sobą komunikować, choć nie mają wspólnego języka – angielskiego, chińskiego, khmerskiego czy hiszpańskiego. To tak wpadłem na pomysł wprowadzenia dziwnej chińskiej pary, która pomaga najpierw Maxowi i Leo, a ostatecznie też Lucii. Podczas przygotowań do filmu widziałem dzieci takie jak ja. Wielkim źródłem inspiracji była też książka „Lost Children Archive” autorstwa Valerii Luiselli. Współcześnie sytuacja jest gorsza niż w latach 90. Dziś rodziny mogą zostać rozdzielone – dzieci zabrane matkom i zamknięte w różnych obozach dla małoletnich. Ale żaden z tych środków nie zatrzyma fali emigracji. To polityczny, ekonomiczny i społeczny problem na światową skalę, którego rozwiązanie domaga się radykalnych zmian systemu.

Jak to się stało, że zostałeś artystą?

Wszystko zaczęło się od wielkiej kłótni z matką. Miałem wtedy 16 lat. Uciekłem z domu i mieszkałem sam. W malutkim mieszkaniu znalazłem książkę „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Márqueza. Przeczytałem ją, zacząłem sięgać po kolejne książki, oglądałem coraz więcej filmów. Moje serce rosło, bo zdałem sobie sprawę, że mam w sobie pasję i chcę przekazać coś światu. W kinematografii odnalazłem swój prawdziwy głos – czułem, że na ekranie mogę pokazać więcej, niż kiedykolwiek zdołam wyrazić słowami. Wszelkie myśli, obrazy, dźwięki – wszystko łączyło się w kinie. Studiowałem sztuki audiowizualne na uniwersytecie w Guadalajarze i zrealizowałem kilka filmów krótkometrażowych, pokazywanych na festiwalach takich jak Clermont-Ferrand czy Cannes. Mój debiut pełnometrażowy „Somos Mari Pepa” został zaprezentowany w ramach Berlinale Generation Section w 2014 roku.

Kto jest Twoim idolem w kinie?

Billy Wilder i Alexander Payne. Ich filmy są jak pomost dla ludzi, którzy oglądają kino komercyjne, ale mogliby zainteresować się filmami artystycznymi. Uwielbiam też neorealistyczny styl narracji fińskiego reżysera Akiego Kaurismäkiego. Jego bohaterowie niejednokrotnie stają w obliczu wielkich społecznych wyzwań, a mimo to zachowują nadzieję. Płaczę na każdym filmie Kaurismäkiego. Jego brat Mika Kaurismäki też jest dobry, ale to Aki jest moim idolem.

Czy sądzisz, że izolacja w Santa Ana wpłynęła na kreatywność Twoją i Twojego brata?

Olbrzymią rolę odegrała tu moja matka. Gdy tylko miała nieco czasu, zawsze nam czytała. Kiedy była młodsza, marzyła o karierze dziennikarki. Na pewnym etapie wróciliśmy wszyscy do Guadalajary – ojciec przyjechał do Santa Ana i zabrał nas wszystkich do domu… A potem rodzice znów się rozwiedli. Wtedy matka poszła na studia i dostała pracę w stacji radiowej – prowadziła nawet własny program. Odrabiając lekcje, słyszałem jej głos w eterze. Zadawała publiczności zawsze to jedno pytanie: co widzieliście wczorajszego wieczoru? Ludzie opowiadali jej niesamowite historie. Te surrealistyczne opowieści na dobre zagnieździły się w naszych głowach – mojej i brata.

Uta Beth

© ECFA Journal